sobota, 10 października 2015

Część IV


Kupiłem na wynos kawę i wyszedłem z kawiarni następnie ruszyłem w stronę biblioteki. Pewnie się zastanawiacie po co tam idę, hm? W dodatku w piątek, dzień imprez i pieprzenia innych. Tak, tak właśnie nazywam ten dzień. Otóż to po nieudanej sytuacji z Marcelem, kiedy rano wstałem nie było go przy mnie - na co nie narzekam nie lubię się budzić przy kimś - matka powiedziała mi, że musiał wracać do domu, żeby jego tata się nie martwił jakby już wrócił. Oczywiście to było kłamstwo, wiedziałem to. Matka kazała nam się razem pouczyć do egzaminów, które szczerze mnie nie obchodziły. Nie poszedłbym gdyby nie fakt, że ja Tommo się tak łatwo nie poddaje i jeszcze wypieprzę go, a on zapomni przy tym jak ma na imię. 

Upałem łyk cieczy i wszedłem do budynku, ruszyłem na sam koniec pomieszczenia, po drodze mijając tylko bibliotekarkę, no tak piątek, kto normalny siedzi tu w ten dzień? 
W końcu go ujrzałem, a mój żołądek zrobił fikołka. Serio. Jak. On. Mógł. To. Na. Siebie. Założyć?! Ten sam zestaw co zawsze tyle, że o kolorze zgniłej zieleni. 
- Gorszych nie znalazłeś? - podskoczył na krześle. 
- Oh cz-cześć. O czym m-mówisz?
- O tych szmatach. - wskazałem na jego ciuchy. Zarumienił się i spuścił wzrok. - Typowe. - mruknąłem do siebie. Odsunąłem krzesło i usiadłem koło niego, odstawiłem kubek i spojrzałem w jego książki. - Co dla nas przygotowałeś?
- M-matematyka.
- Stary przy pierwszym zdaniu z twojego tłumaczenia tego gówna zasnę. 
- Oh. Ja, twoja mama powiedziała...
- Jakbyś nie zauważył mam gdzieś jej zdanie. Co powiesz na biologię? - poruszyłem znacząco brwiami.
- A-ale.
- Jezu Chryste dawaj tą matematykę. 

Po godzinie - hej! To i tak długo jak dla mnie - wstałem i zażądałem przerwy. Ruszyłem w stronę siedzeń wypchanych przez kulki i z westchnieniem na jedną z nich opadłem.
- Powiedzmy - zacząłem - że to rozumiem, a teraz należą mi się pewne wyjaśnienia Panie nie-umiem-się-nawet-ubrać.
- J-jakie wyjaśnien-nia? - wstałem, złapałem go za ramię i zaprowadziłem nas na zielone siedzenie. Usiadłem i pociągnąłem go w dół, a on opadł na moje uda. 
- C-co ty r-robisz? - zacząłem robić kółka w dole jego pleców. 
- Nic nie robie. Siedzimy tylko. Wyjaśnisz mi czemu uciekłeś? - pomachał przecząco głową. - No mów, pamiętaj, że moja cierpliwość ma swoje granice.
- B-bo ty mn-nie poca-ałowałeś. - wydusił z siebie.
- Tak, wiem. No i co z tego?
- I ja my-yślałem...
- To lepiej nie myśl. - ścisnąłem jego biodro. - Powinieneś mnie jakoś przeprosić? - Jak? - jego oczy się poszerzyły.
- Hmm, niech ja pomyślę. - spojrzałem na jego malinowe usta. O tak, tego właśnie chcę. Przybliżyłem swoją twarz do jego. - Tak. - złączyłem nasze wargi i zacząłem leniwie nimi poruszać, on nie wykonywał żadnego ruchu. - Masz zamiar odpowiedzieć? 
- Uh j-ja... - znowu mu przerwałem tym razem moimi ustami. Zacząłem nimi szybko poruszać. Dzisiaj spróbujemy czegoś innego. Kiedy jego zaczęły się powoli poruszać musnąłem je moim językiem na co on się odsunął. Przeklnąłem pod nosem.
- Co ty ro-obisz? - przewróciłem oczami. 
- To jest inny rodzaj pocałunku. Słuchaj. - położyłem dłoń na jego udzie - Ty mnie uczysz tego całego gówna związanego ze szkołą, a ja cię za to poucze kilku rzeczy, które przydadzą ci się kiedyś kiedy będziesz w jakimś związku. - o ile będziesz - dodałem w głowie. 
- A-ale ja t-tego nie potrzebu-uje.
- Oczywiście, że tak, a teraz daj mi się w końcu normalnie pocałować Marcel. Bez przerywania. - spojrzałem w jego oczy. Nieśmiało przytaknął. - Po prostu rób to co ja. 
Przy tym pocałunku pozwolił mi na złączenie naszych języków razem. Zrobiło mi się gorąco, niewinny chłopak siedzący na moich udach, moja ręka na jego biodrze, a druga na udzie - które od czasu do czasu ściskałem. Objął mnie i złączył swoje dłonie za moim karkiem, poczułem jak chwyta moje włosy i lekko za nie ciągnie. 
Tak, było mi cholernie gorąco. Westchnąłem w jego usta i przygryzłem jego wargę, przeniosłem dłoń z biodra i umieściłem ją na jego tyłku, no kurwa zaraz mi stanie! Ścisnąłem jego pośladek i polizałem podniebienie. 
- N-nie. - wstał i stanął w takiej odległości, że nie mogłem go dotknąć. 
- Znowu. - jęknąłem i potarłem twarz dłońmi. - Co tym razem? - zapytałem zirytowany.
- T-ty i j-ja...
- Co my? 
- B-bo. - serio nigdy nie widziałem tak zarumienionej twarzy jaką on miał w tym momencie. Spojrzałem na jego krocze i się zaśmiałem. 
- Nie mów, że ci nigdy nie stanął. - wybuchłem śmiechem. Serio? On ma siedemnaście lat! To jest możliwe? Chłopak spuścił wzrok na dół i zakrył swoją erekcje. Ciekawe ile ma centymetrów - przeszło mi przez myśl. 
- M-możemy wrócić d-do mate-ematyki?
- Chyba cię powaliło, myślisz, że teraz będę wstanie coś z tego zapamiętać? - wzruszył ramionami. - Do kończymy to innym razem. Może pomóc ci z problemem? - zaśmiałem się. Wstałem i podszedłem do niego, położyłem dłonie na jego ramionach . - Ja idę. Mam dziś wieczorem imprezę, a w planach co do niej wypieprzenie kogoś. Więc ostatni całus? Hm? - nie czekając na jego odpowiedź pocałowałem go w usta.
- Znajdzie sobie inne miejsce do migdalenia się! - usłyszałem pracownicę.
- Spierdalaj stara szmato. - mruknąłem, ścisnąłem jego tyłek i odeszłem. - Narazie!

Moja mała lista poszła w ruch.
• Pocałunek
• Pocałunek z języczkiem.

Nie mogę się doczekać następnego punktu ale to za tydzień. Szykuj się Marcel na swoją pierwszą imprezę! 

Część III


- Skapnie się. - odezwał się Zayn. Byliśmy u mnie w pokoju, ja leżałem na łóżku i podrzucałem piłeczkę do pinponga, a on siedział na krześle przy biurku i kręcił się na nim. 
- Pesymista. - mruknąłem.
- Mówię ci stary, narobisz sobie jeszcze większego bagna.
- Nie pomagasz.
- Louis! Ty nawet nie pamiętasz jak on ma na imię! 
- Henry. - spojrzałem na niego i przerwałem podrzucanie.
- Harry. To ja je raz usłyszałem i je pamiętam. - przewróciłem oczami.
- Podaj mi długopis. - usiadłem prosto na posłaniu. Złapałem przedmiot, który mi przyjaciel rzucił i zapisałem sobie na nadgarstku Harry. - Problem z głowy. 
- Zapisz siebie jeszcze kiedy ma urodziny,  imiona rodziców i rodzeństwa o ile je ma, ulubiony kolor, ulubioną potrawę i...
- Zamknij się. - opadłem na poduszki. 
- O której przychodzi? - zapytał po chwili ciszy, spojrzałem na zegarek. 
- O dziewiętnastej za jakąś godzinę. 
- To już osiemnasta?
- Jesteś gdzieś umówiony? - spojrzałem na przyjaciela. 
- Idziemy wszyscy do klubu. 
- Wszyscy czyli? 
- Ja, Niall, Liam, Perrie, Dani i Ed.
- Nienawidzę jej. - zakryłem twarz dłońmi. 
- Nie będzie aż tak źle. - parsknął śmiechem. 
- Wcale, kiedy wy będziecie pić bez umiaru, tańczyć ja będę musiał siedzieć z wredną siostrą, matką i największym kujonem w szkole. Chociaż... 
- Tommo co ci chodzi po głowie? - zapytał z przerażeniem. 
- Mogę się z nim trochę pobawić. - uśmiechnąłem się. 
- Rób co chcesz. - zaśmiał się. - Tylko z umiarem. 
- To znaczy? 
- Nie zmuszaj go do niczego. To jest totalna dziewica.
- Wiem, wiem. Będzie trudno ale warto go trochę pomęczyć. - Malik wstał i założył plecak na ramię.
- Louis. - do pokoju weszła matka. 
- Co?
- O Zayn już idziesz?
- Tak, umówiłem się z... z Liamem.
- Pozdrów go.
- Po co tu przyszłaś? - odwróciła się do mnie.
- Jak on ma na imię? 
- Kto? - Zayn walną się z otwartej dłoni w czoło za nią.
- Jak to kto? Twój chłopak. 
- Ah no tak! - miałem spojrzeć na nadgarstek ale Malik mnie wyprzedził. 
-Harry.
- Tak Harry. - dodałem głupio, po chwili zostałem sam w pokoju. - Za jakie grzechy. - rzuciłem mocno piłką, odbiła się od sufitu i spadała prosto na moje czoło. - Kurwa!

~•~•~•~

Kiedy zadzwonił dzwonek zbiegłem szybko na dół krzycząc "otworze!". Musiałem najpierw zobaczyć jak się ubrał i dowiedzieć się paru rzeczy o nim w niecałe 10 minut. Przekręciłem klucz w zamku i je otworzyłem. 
- Cześć. 
- Hej. - wpuściłem go do środka, złapałem za rękę i zaprowadziłem do siebie oznajmiając wcześniej matce, że zaraz przyjdziemy. Zamknąłem drzwi i się o nie oparłem.
- Zdejmij płaszcz. - nieśmiało to zrobił jakby się bał mojej reakcji. Podszedłem do niego i zacząłem podwijać rękaw jego białej koszuli. 
- Masz rodzeństwo? 
- Nie. - jego skóra była gładka i blada. Musze przyznać, że całkiem lepsza od tych innych, z którymi się pieprzyłem, przyjemna w dotyku i... stop! Masz się z nim tylko zabawić. 
- Czym się zajmują twoi rodzice? - zacząłem robić to samo z jego drugim rękawem. 
- Tata pracuje w firmie. 
- A mama?
- O-ona n-nie... - nie dokończył. 
- Co ona nie?
- N-nie ż-żyje. - w jego oczach pojawiły się łzy. - Rak. - wyszeptał. 
- Oh przykro mi. 
- M-możemy o t-tym...
- Jasne. - przerwałem mu. - Um kiedy się urodziłeś? - rozpiąłem dwa guziki od góry.  Z chęcią bym ją całą rozerwał i wykorzystał tego niewinnego chłopaka ale cóż za to musze siedzieć z nim na kolacji  w dodatku z matką. Zabijecie mnie? Proszę. Wiem, że z chęcią to zrobicie, chłopak wyznaje mi, że jego mama nie żyje, a ja myślę o tym, żeby go wypieprzyć. 
- Pierwszego lutego.  - przytaknąłem.
- Ściągaj buty, spodnie są dobre, obkręć się. Niezły tyłek. - skomentowałem kiedy znów stał przede mną przodem. 
- Oh dziękuję? Chy-yba?
- Dobrze więc, ja mam jedną siostrę Lottie ale to pewnie już wiesz, jest wredną suką, moja mama pracuje w sklepie odzieżowym w galerii, ojciec z nami nie mieszka, a urodziny mam dwudziestego czwartego grudnia. Najgorsza data.
- Dla mnie jest fajna.
- Fajna? A co w tym fajnego, że zamiast świętować swoje urodziny musze siedzieć z rodziną. 
- Może dlatego, że... - nie dokończył. 
- Kontynuuj. - machnąłem ręką. 
- Że byłeś ich najlepszym prezentem na święta. 
- Nie sądzę. - wzruszyłem ramionami - Chodź. - złapałem go za dłoń, a on ją zabrał. - Daj mi ją, musimy wyglądać prawdziwe. - ponownie ją chwyciłem i zeszliśmy na dół. 
- Dobry wieczór. 
- Witaj, Harry, tak? - przytaknął - Jestem Jay, idźcie do salonu zaraz was zawołam. 
Usiedliśmy na kanapie. 
- Mam już tego dość. - westchnąłem.
Po pięciu minutach nasza czwórka zasiadła do stołu. Lottie jak go zobaczyła wybuchła śmiechem. Oczywiście znała go, chodziła do tej samej szkoły co ja. Niestety. - Lou? - upiłem łyk soku i podniosłem brew. - Co robi tu Marcel? Ty i on? To możliwe? 
- Jak widzisz. 
- Ty i największy kujon w szkole? 
- Możesz się już zamknąć? - wysyczałem.
- Louis język! - skarciła mnie rodzicielka. Nie ułatwiała mi tego. Spojrzałem na loczka, miał spuszczony i zarumienione policzki. Westchnąłem, trzeba grać dalej. Położyłem dłoń na jego i mruknąłem "nie przejmuj się nią".
-Miło mi cię w końcu poznać Harry.
- Mnie również. - delikatnie się uśmiechnął. 
- Ile jesteście razem jeżeli mogę zapytać? 
- Już to zrobiłaś. - odezwałem się chamsko.
- Louis, bądź grzeczniejszy dla swojej mamy. - że co?! Czy on myśli, że poprzez udawanie mojego chłopaka może mi mówić co mam robić? Próbowałem nie pokazywać swojej złości, wziąłem głęboki wdech. Później z nim o tym porozmawiam i jeszcze co on taki odważny się stał? 
- Jasne wybacz, miesiąc. 
- I dopiero teraz się o tym dowiaduje?  - zapytała z lekkim oburzeniem. 
- Nie czuje potrzeby w zwierzniu ci się. - olała moją odpowiedź. 
- Gdzie pracują twoi rodzice? 
- Tata pracuje w firmie. 
- A twoja mama? - cholera.
- O-ona. - zająkał się, postanowiłem ratować sytuacje. 
- Możemy ominąć ten temat? 
- Oh dobrze. - zaczęliśmy dalej jeść w ciszy, którą ona ponownie przerwała. - Jak ci idzie w szkole Harry?
- Dobrze. 
- Dobrze? Stary ty jesteś najlepszym uczniem z całej szkoły. - zarumienił się na słowa mojej siostry. 
- Mógłbyś pomóc Lou jakbyś chciał. 
- Mamo.
- Zamiast się ze sobą zabawiać potajemnie po nocach możecie się uczyć i nie, nie chodzi mi o poznawaniu ciała z biologii w praktyce. - na te słowa zaczął się ktusić, poklepałem go po plecach jednocześnie obdarowując ją morderczym spojrzeniem,  pokój wypełnił głośny śmiech Lottie.

Po kolacji, która bardziej przypominała przesłuchanie udaliśmy się do mojego pokoju. Opadłem na łóżko i westchnąłem.
- W końcu wolni. - spojrzałem w stronę wejścia. - Masz zamiar się ruszyć? 
- Um t-tak. - niepewnie do mnie podszedł i prosto usiadł na posłaniu, ściągnąłem koszulkę. - Ładny pokój. - skomentował. 
- Dzięki. - spojrzał na mnie i gwałtownie zaciągnął się powietrzem, cały się rumieniąc.
- Podoba ci się, hm? - zaśmiałem się, zawstydzony odwrócił wzrok.
- T-twoja ma-ama pozwoliła c-ci na tatua-aże? - pytając o to wzrok miał wbity w dywan. Miałem ochotę się z nim podrażnić, przesunąłem się na łóżku, tak, że moje nogi były po obu stronach jego ciała, położyłem dłonie na jego ramionach. - Nie wie o nich. - szepnąłem mu do ucha.
- Lou-uis mógłby-yś się od-dsunąć?
- Czemu? - zjechałem dłońmi po jego plecach i objąłem go w pasie. - Niewygodnie ci? - musnąłem nosem jego kark.
- N-nie t-to znaczy-y...
Jego wypowiedź przerwała matka, która weszła bez pukania do mojego pokoju. - Louis.
- Ile razy ci mówiłem, że masz pukać?
- Przeszkadzam w czymś? 
- Jakbyś nie zauważyła. - sięgnąłem po koszulkę i założyłem ją na siebie, a następnie wstałem. Spojrzałem na "mojego chłopaka", ledwo oddychał i był cały czerwony, aż tak na niego działam? Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Chciałam się tylko zapytać czy tata Harrego po niego przyjedzie, zaczęło padać, a ja mam samochód w naprawie. Harry?
- Oh tak. - zachichotałem, skoro tylko to tak na niego działa to co to by było gdybyśmy się...
- Dobrze, to zadzwoń do niego kiedy będziesz się zbierał. 
- To znaczy nie. - matka spojrzała na niego pytająco. - Mojego taty nie ma, jest w delegacji. - parsknąłem śmiechem - ponownie.
- Możesz spać tutaj. - zaproponowałem, bawienie się z nim - a raczej nim - mi pasowało.
- Oh nie, n-nie. Pójdę j-już.
- Harry, na zewnątrz pada! Nie puszcze cię w taką ulewe. Możesz spać w pokoju Lou, a on się prześpi na kanapie w salonie.
- Chyba sobie żartujesz. Sama sobie na niej śpij, a później nie będziesz mogła się ruszyć.  - westchnęła - może spać ze mną. 
- Louis nie.
- Jezu nic nie będziemy robić albo będziemy cicho.
- Louis!
- A tak serio nic się nie będzie dziać. - tak myśl - dodałem w głowie.
- Dobrze ten  jeden pierwszy i ostani raz. Dobranoc. - wyszła.
- Idź weź prysznic łazienka jest tam - pokazałem za siebie - Ja pójde po poduszkę. 
Zszedłem na dół, wyjąłem z sofy jedną, a następnie z komody pościel i założyłem ją na nią. Kiedy wróciłem na górę z drugiego pomieszczenia było słychać lecącą wodę, przysiadłem na łóżku. 
Może uda mi się z nim coś zrobić. W sumie zaproponowałem mu, że pokaże mu jak zachowywać się w stosunku do drugiego chłopaka.
- Nie wszystko od razu Lou. - szepnąłem do siebie i stanąłem przed szafą wybierając dla niego jakieś ciuchy, następnie podszedłem do drzwi i zapukałem, nie dostałem żadnej odpowiedzi, wywróciłem oczami. Zgasiłem i zapaliłem światło w łazience. 
- Tak? 
- Ubrania! Położę je koło drzwi. - otworzyłem drzwi, położyłem rzeczy na ziemi i wróciłem do szukania ich dla siebie. 
Kiedy on wyszedł, ja zająłem pomieszczenie, szybko się umyłem i wróciłem do pokoju. Zgasiłem główne światło i zapaliłem lampkę nocną, położyłem się na łóżku od strony ściany.
- No chodź. - mruknąłem do niego, powolnie wstał z krzesła przy biurku i niepewnie się koło mnie położył, tyłem. Musi mi to wszystko utrudniać? - Odwróć się.  - nic. Złapałem go za biodro i przewróciłem na plecy, głowę dalej miał odwróconą w drugą stronę. - Spójrz na mnie. - chwyciłem go za podbródek, jego wzrok był spuszczony w dół, a policzki jak zwykle były zarumienione.
- S-skoro nie jesteś peł-łnoletni to skąd j-je masz? - zmarszczyłem brwi.
- Chodzi ci o tatuaże? - przytaknął - Kiedy byłem na wakacjach u taty zrobił mi je. On nie jest taki jak matka, żyję na luzie. - ponownie przytaknął nic nie mówiąc. - Całowałeś się kiedyś? - spuścił niżej głowę i zaprzeczył ruchem głowy. - A chcesz spróbować? 
- C-c-co? - jego wzrok wystrzelił w górę, a oczy były szeroko otwarte.
- Spytałem się czy mogę cię pocałować. - zacząłem gładzić jego policzek.
- T-ty mn-nie-e? - zaśmiałem się w głowie, przecież to nic poważnego, zwykły pocałunek, a on to tak przeżywa. To jest totalna dziewica. Przypomniały mi się słowa Zayna.
- Tak.
- Ale j-ja n-nie...
- Csii. - przyłożyłem palec do jego malinowych ust - Rób to co ja. - ze spojrzeniem utkwionym w jego zielonych tęczówkach przybliżyłem nasze twarze do siebie. Uniosłem się tak, że teraz lewą dłonią głaskałem jego zaróżowiony policzek, a drugą chwyciłem go w pasie i przysunałem nasze ciała bliżej siebie. Kiedy nasze usta się ze sobą złączyły zamknął oczy, a jego rzęsy połaskotały moje poliki. Był to zwykły całus, co nie znaczy, że nie chciałem posunąć się dalej. Odsunąłem się od niego na centymetr - Teraz - szepnąłem w jego usta - Pocałuje cię trochę inaczej. - nie czekając na jego odpowiedź zacząłem poruszać swoimi wargami na jego. Nie odpowiadał. - Musisz robić to co ja. Poruszaj nimi. - zaczął niepewnie. Przeniosłem jego dłoń na swoje plecy i usiadłem na nim okrakiem, ciągnąc go w górę. Wpiłem się w nie mocniej, a on zaczął gładzić mój kark.
Kiedy polizałem jego dolną wargę odsunął się ode mnie. Spojrzał mi w oczy i zepchnął mnie z siebie. Usłyszałem ciche "przepraszam" i już go przy mnie nie było. Przeklnąłem pod nosem, a szło tak łatwo. Wstałem i ruszyłem do łazienki gdzie on siedział na ubikacji.
- Zgaś lampkę jak pójdziesz spać. - wróciłem do łóżka i po kilku minutach zasnąłem. 

Część II


- Kiedy mi go przedstawisz? - zapytała mnie ciekawska matka. Boże czy ona nie może zrozumieć, że nie chce? Czasami żałuję, że jest taka. Zdecydowanie wolałbym gdyby się mną nie interesowała i wtedy mógłbym robić wszystko i z wszystkimi. Żyłbym jak mi się podoba ale nie bo ona musi się zawsze wtrącać. Dzięki ci Boże za surową i nadopiekuńczą matkę. Naprawdę dzięki...

- Nie wiem czy mi się chce. - odpowiedziałem chłodno. 

- Louisie Tomlninsonie w piątek na kolacji chce poznać twojego chłopaka i koniec tematu. A teraz wybacz idę robić kolacje.

- Ale..

- Żadnego ale! I mam nadzieje, że nie wygląda jak twój poprzedni.

- Boże możesz...

- Powiedziałam koniec tematu! - wyszła z salonu.

- Kurwa, kurwa, kurwaa. - opadłem na kanapę.

~•~•~•~

- Nigdy kurwa więcej nie zapraszam żadnego do siebie. Nigdy więcej. - pomyślałem. Stałem oparty o ścianę przy wejściu do stołówki. Wpatrywałem się w miejsce gdzie siedział Marcel, westchnąłem i odepchnąłem się od niej idąc w jego kierunku. 
Odrząknąłem zwracając w tym samym czasie jego uwagę. 

- Mogę? 

- Um.. tak, tak.

Usiadłem koło niego, a on powrócił do poprzedniej czynności. 

- Lubisz czytać? - pokiwał tylko głową - A co teraz czytasz? - trzeba go jakoś rozkręcić jeżeli to jest w ogóle możliwe z takim bezgustnym kujonem. Pokazał mi tylko okładkę dalej się nie odzywając. - Hopeless, ciekawa? - znowu przytaknął. No kurwa! - O czym?- teraz to na pewno odpowie.

- O miłości. - ugh, a czego ja się mogłem po nim spodziewać? Ale przynajmniej odpowiedział 1:0 dla mnie!

- Wczoraj dla ciebie nie byłem zbyt miły.

- Mhm.

- Czy ty do jasnej cholery.. Boże!  Masz język, tak? Więc skoro go masz to mi odpowiedz. Ugh po prostu wkurzasz mnie tym 'mhm' lub kiwaniem głową. Rozumiem możesz być nieśmiały ale przynajmniej postaraj się ze mną normalnie porozmawiać. - zarumienił się i zamknął książkę.

- T-to o czym chcesz por-rozmawiać?

- Mam sprawę. - złączyłem dłonie i położyłem je na stole.

- J-jaką?

- Jesteś gejem? - chciałem jak najszybciej to załatwić. 

- T-tak?

- To pytanie czy odpowiedź? - westchnąłem.

- O-odpowiedź.

- Okey. Czyli jesteś wolny i wolisz fiutki. - zarumienił się na ostatnie słowo - Cudownie. 

- A po co ci t-to?

- No więc. - poprawiłem się na swoim siedzeniu. - Na najbliższy miesiąc potrzebuje chłopaka. Grzecznego, z dobrymi ocenami, zero atramentu na skórze. Ty - wskazałem na niego dłonią - jesteś jego idealnym przykładem. - spojrzał na mnie z szerokimi oczami. 

- Mam b-być t-twoim chłpakie-em?

- Oh nie! - szybko zaprzeczyłem i się zaśmiałem. - Masz go udawać przed moją koszmarną matką.

- Ale d-dlaczego? - zapytał zmieszany.

- Skróce ci to. Matka przyłapała mnie dwa dni temu jak wyprowadzałem w nocy chłopaka z naszego domu. Oczywiście wiadomo co tam robiliśmy. - rumieniec -  I ostatnio spędzam sporo czasu poza domem. Nie powiem jej co robię i dlatego muszę jej kogoś przedstawić jako moją wielką niby miłość. Gdyby nie to, że w tej szkole są same punki, a moja mama za nimi nie przepada nie zawracałbym ci głowy. Rozumiesz? 

-T ak.

- Zgadzasz się? 

- N-nie wiem.

- Czemu? To tylko miesiąc i tylko przy niej Henry.

- Harry. - poprawił mnie.

- Wybacz. Wpadniesz do mnie z trzy razy i po sprawie. 

- N-nie. - spuścił głowę. 

- Boże dlaczego. - westchnąłem. Cóż myślałem, że pójdzie mi z tym szybciej. 

- Nie lubię kłamać. 

- Uh. To może zrobimy tak. - spojrzał na mnie niepewnie. - Ja nauczę cię jak powinno się obchodzić z facetami i tak dalej, nauczę cię jak się odpowiednio ubierać na randki, imprezy, bo uwierz mi w takim stroju nawet totalnie naćpanego gościa nie przelecisz. A ty za to poudajesz mojego chłopaka. 

- Nie potrzebny mi chłopak i nowy styl, lubię ten. - odpowiedział nieco pewniej. 

- Henry.

- Harry.

- Sorki. Harry proszę cię,  a to się często nie zdarza. - pokręcił głową.

- Nie mogę. 

- A mogę wiedzieć dlaczego? - złapałem go za dłonie. 

- Mój tata n-nie przepada za gejami. - ponownie opuścił głowę. 

- Oh. Spokojnie on się o niczym nie dowie H...

- Harry.

- Proszę Harry? To tylko miesiąc, a ja chcę mieć od niej spokój. Później nie będziesz musiał się nawet do mnie odzywać. 

- D-dobrze. - westchnął i zabrał swoje dłonie. Dopiero teraz się zorientowałem, że ich sam nie zabrałem.

- Zgadzasz się? - na mojej twarzy pojawił się wielki banan. On widząc moją radość sam się delikatnie uśmiechnął. 

- Tak.-  wstałem, podniosłem go i się w niego wtuliłem.

- Dzięki, ratujesz mi życie. - powiedziałem w jego klatkę. 

- Um Louis?

- Tak?

- Wszyscy się na nas patrzą. 

- Oh tak sorry. - odsunąłem się od niego - W piątek jesteś zaproszony przez matkę na kolacje. 

- Ale to pojutrze.

- Tak wiem. Próbowałem wybić jej ten pomysł z głowy. Niestety bez skutków.

- Okey.

- Masz jakieś normalne ciuchy?

- M-mam. - witamy jąkanie z powrotem! 

 - Jaką masz wadę wzroku?

- Nie mam.

- To po co..

- Lubie je. - delikatnie się uśmiechnął. - Do zobaczenia Louis. - mruknął i już go przy mnie nie było. 

Część I

Wszedłem do stołówki szkolnej ciągnąć za sobą torbę. Leniwie  podszedłem do naszego stolika. Mówiąc naszego miałem na myśli mojego, Zayna, Nialla i Liama. Kiedy już dotarłem do swojego celu opadłem na krzesło. 

- Siema.

- Cześć. - odpowiedziałem. Rozejrzałem się po sali, jak zawsze jakieś trzy stoliki od nas siedział największy kujon w szkole.

- Lou?

- Mhm? - chłopcy spojrzeli po sobie, przewrócili oczami i parsknęli śmiechem. 

- Opowiadaj. - westchnął Liam.

- No bo. - wziąłem głęboki wdech - Matka przyłapała mnie dzisiaj w nocy jak wyprowadzałem od nas ee Maxa nie Mattego czy hm... mniejsza o to imię. - machnąłem dłonią - No i nie widziała go dzięki Bogu i uh ostatnimi czasami stałem się niezłą dziwką. - zaśmiałem się - I ona myśli, że kogoś mam. - jęknąłem i schowałem głowę w rękach, kładąc je na stole.

- I w czym problem? - spytał Zayn jedząc frytkę.

- W tym, że muszę jej go przedstawić. 

- Nie mogłeś zaprzeczyć? 

- Niall, zrobiłem to ale po dzisiejszej nocy nie miałem już wyboru, a raczej nie powiem jej, że sypiam z każdym. 

- To znajdź jakiegoś w szkole, powiedz jaka jest sytuacja i problem z głowy. 

- Liam, skarbie to na prawdę dobry pomysł ale zapomniałeś o jednym. - podniósł pytająco brew -  Ta szkoła to jedno wielkie skupisko punków, a raczej nie chcę wpędzić matki do grobu. A po za tym pamiętacie um jak on miał na imię? To... coś na T na pewno. 

- Tonny. - Niall przewrócił oczami.

-Tak właśnie! Jak byliśmy wtedy razem i przedstawiłem go mamie to nie była zadowolona. No więc ona chce grzecznego chłopczyka, który dobrze się uczy, bez piercingu i tatuaży. A w tej szkole nie ma kogoś takiego! W dodatku geja. - znowu opadłem na stół, usłyszałem śmiech Zayna.

- Jest. - powiedział dalej chichocząc.

- Nie śmiej się! To poważna sprawa Malik.

- On pasuje idealnie do tego. - usiadłem prosto i założyłem ręce na klatce.

- Mów. 

- Marcel. - wybuchł śmiechem, Liam zaczął się ktusić, przez to, że akurat pił gdy Zayn to powiedział, a Niall spadł z krzesła, turlając się po podłodze ze śmiechu. Banda debili. Spojrzenia całej stołówki padały na nas.

Trzy stoliki dalej.  Chudy i wysoki chłopak. Okulary, które były wielkie i kwadratowe jak dla dziadka,  a na środku były zaklejone taśmą? Serio nie może kupić sobie nowych i w miarę normalnych? Brązowe loczki, które były chyba jedyną normalną rzeczą w jego wyglądzie. No dobra nie jedyną licząc jego piękne zielone oczy. Co jak co ale takiego koloru to można tylko pozazdrościć. 

A teraz jego styl, najgorszy styl na świecie. Biała koszula zapięta pod samą szyję,  sweterek zapinany bez rękawów z dziwnymi wzorami, a jego kolor był tak piękny, że na sam jego widok nogi człowieka kierowały go do ubikacji na zwrócenie tego co wcześniej się jadło. Do tego idealnie zawiązany krawat (tego samego koloru co sweterek). 

Nie wspominając o jego spodniach i butach... Boże!  Ten koleś nie ma żadnego gustu! 

Spojrzałem na moich przyjaciół, którzy dalej chichotali.

- Prędzej zerżnę tą sukę od fizyki niż to zrobię. - Niall ponownie wybuchł śmiechem. 

- To jedyne rozwiązanie Lou.

- On jest przykładnym uczniem. Zero tatuaży i tak dalej. 

- W dodatku lizusem, który nie ma gustu, wiecznym prawiczkiem chyba nawet w życiu nie widział chuja drugiego faceta nie wspominając o swoim. - zakpiłem.

- I jest prawdopodobnie gejem więc nie będzie miał z tym żadnego problemu. 

- Nie ma mowy.

- Jak chcesz. - Zayn wzruszył ramionami. Zakryłem twarz dłońmi. - Marcel! - krzyknął na całą stołówkę. 

- Nie, nie, nie. - zacząłem powtarzać w kółko. Chłopak spojrzał na nas niepewnie. Zayn pokazał mu gestem dłoni, żeby do nas dołączył. - Nie! - powiedziałem głośno, a raczej krzyknąłem. Mulat dalej go zachęcał. Dziwak (tak ten z okularami ) zamknął jakaś grubą książkę, zabrał ze sobą termos i ruszył w naszą stronę. Jego kroki były duże i powolne. Spojrzałem na tą trójkę z nadzieją. - Nie zrobicie mi tego, prawda?

- Zamknij się. - Liam wywrócił oczami - Hej Marcel, usiądź koło Louisa. - zamknąłem oczy i w myślach zacząłem liczyć do 10 żeby się uspokoić. Chłopak usiadł koło mnie, a ja się odsunąłem.

- Tak? - zapytał. 

Jesteś wolny? - zapytał prosto z mostu Zayn.

- W sensie czy jestem singlem czy mam wolny czas? - zapytał speszony.

- A podobno należy do tych inteligentnych. - mruknąłem, a on się zarumienił i opuścił głowę. 

- Tommo zamknij się, chodziło o związek. - odezwał się Horan.

- T-tak. To znaczy tak jestem wolny.

- Dlaczego.-  jęknąłem.

- To dobrze. - wyszczerzył się Liam. 

- A o c-o chodzi?

- Potrafisz mówić bez jąkania się? - wtrąciłem się. 

- T-tak.

- Widzę. - prychnąłem.

- Louis, do cholery bądź milszy dla.. a właściwie to jakie jest twoje prawdziwe imię? 

- Harry. - odpowiedział po chwili. No tak, jakiś rok temu wyszedł teledysk jakiegoś tam zespołu i jeden typek w nim wyglądał w nim tak samo jak on teraz. W dodatku nazywał się w nim Marcel dlatego postanowiliśmy go tak nazywać* .

- Tak więc Harry, Lou ma do ciebie sprawę. 

- Nie mam.

- Boże Tommo!

- Tak Liam?

- Gdzie znajdziesz taką drugą osobę? 

- Hmm.. - udałem, że się zastanawiam - Już wiem! Nigdzie! Bo nigdzie nie ma takiego dziwaka jak on!

- Oh, um, ja to ja lepiej pójdę. - odezwał się i wyszedł szybkim krokiem ze stołówki. 

- Gratulacje. - powiedzieli i do końca przerwy nie odzywaliśmy się do siebie.
-------
* chodzi mi o teledysk Best Song Ever tylko, że inny zespół go wymyślił.

Opis.

- Rozumiesz?
- Tak.
- Zgadzasz się? 
- Nie wiem. 
Czyli opowiadanie o Larrym, w którym Harry jako Marcel jest strasznie nieśmiałym chłopakiem, a Louis cóż... Louis go potrzebuje na miesiąc.

Informacja.

Jeżeli już tu trafiłeś/aś to zapraszam do czytania!:)
Te ff jest już publikowane na Wattpadzie, więc nie jest ono kradzione.
Postanowiłam je i tutaj publikować z racji tego, że nie każdy lubi wtt.